niedziela, 24 października 2010

Biegnę...

Od jakiegoś czasu staram się regularnie uczęszczać na siłownię. Nie po to, aby mieć mięśnie ze stali i wyglądać jak potwór, a nie kobieta. Chociaż chęć poprawienia swojego wyglądu oczywiście istnieje, ale staje się jedynie bardzo dobrym środkiem motywującym. W czwartek pojechałam sama, smutno biega się samemu. Mimo tego, że przecież, gdy nawet biegamy obok siebie to nie rozmawiamy ze sobą, każdy myśli o czymś innym, ale sam fakt, że ktoś biegnie obok Ciebie to jak taki mały doping, mówiący „nie poddawaj się”, „jeszcze tylko kilka minut”. Daję radę, ale jak byłam sama nie było takiej motywacji, nikt mi nie „patrzył na nogi”. Biegłam sama i zastanawiałam się tylko czy może nie pobiegać krócej niż zwykle, albo zwolnić, takie myśli przebiegały dużo częściej przez głowę niż: „dam z siebie wszystko” lub „dziś pobiję swój rekord” albo „wykończę się tak, aby musieli mnie zdrapywać z podłogi”. Może nie jestem, aż tak ambitna, w każdym razie przebiegłam swoją „normę” posiedziałam chwilkę w saunie i wróciłam do domu.
Ta godzina na bieżni w ciągu dnia… ciekawa jestem, co dzieje się w głowach innych, niektórzy chodzą, inny biegają, jeszcze inni podnoszą wielkie ciężary. O czym wtedy myślą? Czy tylko o narastających mięśniach, – aby może telepatycznie wspomóc ich wzrost na partach ciała, które właśnie intensywnie pracują? A może rozwiązują swoje problemy? Opracowują strategię spotkania z klientem, albo zastanawiają się jak spędzą wieczór, czy samotnie, czy z ukochaną osobą, albo jaką bajkę opowiedzą dziś dzieciom.
Co jest w mojej głowie? O godzinie 7 w październikowy poranek jest jeszcze szaro i w oknie naprzeciw bieżni odbijają się jak w lustrze sylwetki ćwiczących. Wtedy patrzę na siebie (egoistyczne bardzo – wiem) i próbuję przeniknąć do głębi swojej własnej duszy uspokoić jej pragnienia i rozterki. Często niestety zapatrzę się w nic, w te drzewa, lub samochody pędzące – wtedy grozi to wypadkiem na bieżni, bo albo tracę równowagę, albo znikam z tego świata. I gdzie ląduję? Na mojej własnej planecie, w mojej głowie. Co w niej się dzieje? Wszystko i nic, bo sama nie wiem, czy jest to na tyle istotne, aby zawracać wam tym głowę. Ale to zależy np. od tego jak spędziłam poprzedni wieczór, czasem jak było miło, potrafię zatracić się całkowicie w tym wspomnieniu, dziękując Bogu, że mogę je kolekcjonować. A gdy mam jakieś wyjątkowe plany na nadchodzący dzień, to staram się rozplanować wszystko w najdrobniejszych szczegółach – całkowicie bez sensu, – bo na zasadzie:, „co by było gdyby”. Najczęściej jednak moja głowa wraca do przeszłości, oczy chcą płakać, usta krzyczeć z całych sił, a nogi biec z prędkością światła. Wtedy można się wykończyć, całe szczęście bieżnia jest tak skonstruowana, że nie pobiegnę szybciej niż sobie z góry ustawiłam, musiałabym zmieniać to ręcznie, jednak nigdy tego nie robię, bo wtedy wytrącam się z mojego snu… przypominam sobie chwile, lata wirują w głowie, emocje, uczucia i wszystko, co działo się tuż przed moim powrotem do Poznania. Dlatego? Dlaczego nie mogę pozwolić sobie na zapomnienie, na przemilczenie tego wszystkiego, dlaczego to ciągle wraca no i najważniejsze pytanie, dlaczego wciąż zastanawiam się, „co by było, gdybym została”. Wiem jedno, nie mogłabym tak, tam dłużej żyć, może stałabym się elektrycznym robotem. I robiła wszystko mechanicznie. A może popełniłabym błąd. Mam nadzieję, że gdy ujrzałam swoją iskierkę nadziei na szczęśliwsze życie, rzuciłam cały tamten świat i pobiegłam za nią… i mam nadzieję, że ja tez jestem taką iskierką i nie jestem tu, bo jestem tylko, dlatego, że jestem potrzebna, bo ja nie potrafię żyć nie czując się potrzebna. Mogę przy tej okazji wytłumaczyć moje dziwne zachowanie dotyczące ściskania ciał obcych chcę je zatrzymać dla siebie na dłużej chce zapamiętać ich kształt i delikatność, ich ciepło - ehhh jak sobie o tym pomyśle, pożarłabym takie ciało obce.
Wiem, że to, co robię dzieje się naprawdę, – choć trudno mi w niektóre rzeczy uwierzyć. Wiem, że jest to dobre, bo przecież sprawia, że jestem szczęśliwa, ale niepokoi mnie jedno. Moja przyszłość jakoś nie widzę siebie nigdzie za kilka lat, a nawet za kilka miesięcy, … dlatego w poniedziałkowy poranek znowu pójdę na siłownię i będę biec, aby zagościć w moim świecie przemyśleć kilka spraw, sprawić, aby nastawienie na cały dzień było bardziej niż optymistyczne, aby poczuć tą dziką satysfakcje „wykończyłam się, ale dałam radę”, pomyśleć o przyszłości oraz rozegrać walkę z Włochami, zakochać się jeszcze bardziej w moim świecie i nigdy go nie zostawić, a jeśli będzie taka konieczność to zabrać Go z sobą, te kształty, ten dotyk, to ciepło, tą miłość do końca i na zawsze….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz