8: 00 rano, niestety nie mam dzisiaj jakoś weny twórczej, zobaczymy jak mi dalej pójdzie. Wyobraźcie sobie, że od pierwszego posta, którego napisałam minął prawie tydzień, jest piątek wcześnie rano, a ja znowu popijam kawę w McDonaldzie w Krakowskiej Galerii. Co tutaj robię? Czekam na pociąg za 1, 5 godziny do Dębicy. Tam spędzę dzień z Bienią no i weekend na uczelni. Powrót planowany na niedzielę 23: 00 już w Poznaniu. Otrzymałam właśnie pismo z uczelni o IOS – indywidualnej Organizacji Studiów – bardzo się cieszę nie będę musiała dojeżdżać tak często jak to powinno być w przypadku każdego pilnego studenta. Także wszystko zaczyna się jakoś układać, można to chyba tak nazwać.
Hahahaha słuchajcie hit roku, przez profesora od rachunkowości zostałam nazwana doktorem ojejku – wiem, że ludzie tacy jak on są troszkę zabiegani, nie pamiętają wszystkiego, ale aby studentkę już od dr wyzywać to jest lekka przesada. Spoko mogę poprowadzić zajęcia. Nie będę niestety przytaczać maila, jaki otrzymałam od profesora, ale aby starostę brać za doktora i jeszcze pytać się, jaki przedmiot mogę poprowadzić… heh – każdy, a co przecież dałabym radę
Niestety są rzeczy, które nie przestają mnie dręczyć, które cały czas wracają jak bumerang. Słowa i czyny, gesty, śmiechy, radości i smutki oraz wszystko, co jest z tym związane i prawdopodobnie będzie jeszcze przez jakiś czas. Nie chce o tym z nikim rozmawiać – wiem, że jest to moja sprawa i nie powinnam nikogo innego prócz siebie tym zadręczać, chociaż na dobra sprawę samej siebie też nie powinnam, to, co było minęło i już nie wróci, czasem chcemy się odciąć od tego, co było kiedyś, od przeszłości, od tego, co bolało. Niestety jest to cholernie trudne chociażby, dlatego, że właśnie wracam do tego miejsca.
Pamiętacie kanapę? Chyba stanie się już tradycją, że przed każdym wyjazdem będę na niej leżeć, jest ona bardzo wygodna pozwala się zdrzemnąć. Przenosi w miejsca, które na ziemi nie istnieją (jak statek z dzieciństwa, kiedy razem z siostrami byłyśmy chore, pływałyśmy na kanapie dookoła świata). Wczoraj nawet nie potrafiłam skupić się na filmie. Patrzyłam w sufit i miejsca, sytuacje, ludzie krążyli niespokojnie w mojej głowie. Zastanawiałam się czy po prostu przyznać się do tego, czy zostawić jak jest – zostawiłam, ale przyznaję się tutaj wam wszystkim. To wszystko wciąż jeszcze bardzo boli. Mimo moich starań, mimo starań wszystkich dookoła to nie minie z dnia na dzień, do tego potrzeba czasu. Pozostaje mi jedynie zrozumienie najbliższych i czas, który zawsze regeneruje siły i pozwala (może nie zapomnieć, bo tego się nie da) poczuć się naprawdę wolnym. Czuję, że powinnam za to wszystko niektórych przeprosić. Za to, aby mimo tego, ze teraz jestem szczęśliwa to niestety musza poczekać, aż dojdę do siebie, pokonam siedzące w głowie myśli i nie zadręczę się. Potrzebuje troszkę zrozumienia, pomocy i wytrwałości, bo jeśli ludzie mnie otaczający nie będą wytrwali to jak ja sobie poradzę?
Mimo wszystko i tak uważam, że jest lepiej niż bym przypuszczała. Może nawet jest bardzo dobrze, niestety nie mogę zawdzięczać tego samej sobie tylko wszystkim i wszystkiemu, co mnie otacza.
Zaskakujące – myślałam, że będę się bardzo nudzić przez ten cały czas, ale ja naprawdę nie mam czasu na nic – dosłownie na nic! Przyszły weekend 16-17 października, pierwszy wolny weekend od dawna. 15.10 są 21 urodziny mojej kochanej Łachuderki. A weekend, to pewnie zależy od pogody, nie chce siedzieć w domu, z drugiej strony nie mam ochotę na wycieczkę – np. pociągiem. Mam ochotę na…. Niespodziankę, do tego przyszłego weekendu jeszcze „wuchta” czasu i prawdopodobnie wszystko wyklaruje się samo, znając siebie, sama sobie zrobię tą niespodziankę – coś wymyślę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz