wtorek, 9 listopada 2010

smutasek:(

Cześć, jakoś dawno mnie tu nie było, nic nie pisałam, może to przez tymczasowy (mam nadzieje) zanik weny twórczej, albo po prostu niewiele się działo w ostatnim czasie. Już na samym wstępie widzę, że mimo tego, że piszę o niczym idzie mi to dużo sprawniej niż pisanie kolejnych podań o pracę, albo pisanie pracy licencjackiej. Tak wreszcie się za nią zabrałam. Mam temat, częściową bibliografię i jakoś to będzie. Mam dzisiaj zły nastrój i może wszystko by było okej gdyby nie nieszczęsna wizyta u lekarza. Tak na dobrą sprawę nie mogę przecież winić za to osoby, dla której to zrobiłam (dla wyjaśnienia dodam, nie chodzę do lekarza z byle głupotą i dopiero jak umieram to podskoczę po L4), bo w sumie chciałam to zrobić. No, więc zacznę od początku, w niedzielę zaczęła mnie boleć kostka. Okazało się, że jest spuchnięta, to nie był powód wizyty u lekarza rodzinnego, ale przy okazji. W sumie to bez sensu powiedziałam o tym Pani dr, bo usłyszałam, że nie mogę biegać, aż mi przejdzie – liczę, że stanie się to szybciej niż za tydzień. Jedyna radość w życiu, jaką teraz mam i jedyny cel, dla którego wstanę wcześniej niż o 9 rano, taka radość, a ja nie mogę z tego skorzystać – każdy by się załamał. Dodatkowo pobrali mi krew, dlaczego ja tam poszłam sama, myślałam, że nie wrócę do domu, ale dałam radę, nie zemdlałam, chyba wyjątkowo, chociaż myślałam, że się rozpłacze, no i jeszcze ta wielka dziura w ręce po igle:(. Byłam naprawdę bardzo nieszczęśliwa z powodu wizyty. Do tego ta parszywa pogoda i to, że nie mogę się zebrać w garść i pisać tej cholernej pracy. Niech ktoś mnie kopnie w dupę! ….. Godzina 20: 00 zbliża się wielkimi krokami i powiem tylko tyle ten dzień był dd. Jeszcze jutro nie mogę biegać, zostały mi jedynie tańce, ale muszę coś zrobić, aby ten cholerny dzień nie skończył się tak po prostu, a może to przespać i dać sobie spokój. Jeden dzień depresyjny od czasu do czasu można mieć, gdyby ktoś jeszcze mnie przytulił… no tak, teraz i tak jest dobrze mam sporo tych osób w okolicy, do których mogę pojechać, a jakby tak przyszło jechać koło 300km, aby się przytulić? Heh już kiedyś miałam tak 1440 km, żeby móc się do kogoś przytulić i wiecie, co? Jak miałam ochotę to wsiadałam w samolot i leciałam się przytulić. Więc gdziekolwiek jesteście przytulajcie się nie do poduszki, ale do ludzi wam bliskich, bo to oni podnoszą na duchu. Tym miłym i optymistycznym akcentem kończę moje smutaskowe opowieści i z nadzieją, że jutro będzie lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz