poniedziałek, 13 grudnia 2010

coś, cokolwiek to jest

Dzisiaj jest już późno, ale jakoś nie mogę się powstrzymać od tego, aby coś napisać, niestety nie przychodzi mi to z wielką łatwością, bo albo ktoś mi, co chwilkę przeszkadza i tracę wenę, albo komputer odmawia posłuszeństwa i się wiesza.
Weekend minął całkiem fajnie, wczoraj zmarzłam w Świnoujściu oglądając mieszkania i czekając na pociągi, ale w odpowiednim towarzystwie, mrozy nie są straszne, no i przyznam się szczerze, że udało mi się znaleźć coś całkiem fajnego. Dzisiaj były mojej kochanej Babci imieniny, więc rodzinka się zleciała, natomiast wcześniej proszony obiad, to było bardzo miłe.
Wieczorem na 21 msza, jako uwieńczenie tego zimowego dnia, ledwo z Mamą dojechałyśmy samochodem, bo zaczął padać śnieg no i niestety przymroziło, więc szklanka na drodze była odczuwalna. Dzisiejsze kazanie zainspirowało mnie tak naprawdę do napisania dzisiaj posta. Może inaczej, gdy słucham czasem księdza, coś mnie korci i pcha, aby mu przerwać i poprowadzić z nim dyskusje na dany temat, zapytać o coś, albo po prostu pogdybać. Na dobrą sprawę mam nadzieję, że kiedyś będzie to możliwe i wtedy kazania mogę nie nudzić, ale integrować nas z Bogiem, bo tego właśnie oczekuję od kościoła. W każdym razie dzisiaj ksiądz powiedział:, „…bo co to kurcze jest nadzieja?...”, „…Chciałbym was wysłać w kosmos…”, „… modlić się to wy się możecie na łące…” to są dosłowne cytaty, które najbardziej mi utkwiły w głowie, które każdy z nas może zinterpretować inaczej, a co ważne, każdy, kto je przeczyta, może poznać i wydedukować, o czym była cała wypowiedź. W niektórych momentach wydawało mi się, że ksiądz to wariat, – ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Potem doszłam do wniosku, że jednak On wie, o czym mówi, że każdy z nas musi czasem zostać kopnięty w dupę, aby wybić się z orbity i doświadczyć, pięknego istnienia Boga, A do tego może prowadzić nas nadzieja, która jest niczym innym jak tylko oczekiwaniem na coś, co przyjdzie, na dobro, a czymże innym jest Bóg jak nie dobrem. Nie będę wam wmawiać, jaka jestem religijna, że kościół to mój dom i że Bóg jest moim przewodnikiem. Nie jestem super wierząca, wierzę na ogół w to, czego sama doświadczam. I powiem wam, że jeśli Bóg istnieje, to dobrze wie, że ja potrzebuję na to dowodów. Wie doskonale, że wystawiam go na różne próby i on te próby przechodzi bezbłędnie. Niestety nie ma nic za darmo, on też to robi, wystawia na próby kładąc kłody pod nogi, popychając i mówiąc, uważaj, bo może być gorzej. Idziemy stromą ścieżką i potykamy się, co kawałek. Ale wciąż idę. To nie jest takie byle co. Skoro mimo wszystko, mimo zabawy z Bogiem, czy kimkolwiek On jest, (bo można tą siłę wszechświata nazwać obojętnie jak) cały czas idę, o czymś to świadczy. Świadczy to o istnieniu siły, której nie można wytłumaczyć racjonalnie, ale można jej coś zawierzyć. Ja np. od kilku niedziel zawierzam mu moja sesję, banał, – bo wystarczy się nauczyć. A ja i tak wiem swoje, będzie mi lżej. Mogę się przyznać, nawet do tego, że bywam chamska w stosunku do niego, myślę sobie…, „jeśli naprawdę tu jesteś, jeśli istniejesz, i jeśli to Ty stworzyłeś niebo to spraw, aby…” i tutaj zaczynają się moje prośby. Nie są one częste, czasem przychodzę i o nic nie proszę, czasem tylko dziękuję, za to, co mam i za to (co jak sama twierdzę) wypracowałam sobie sama, albo że dane mi było coś przeżyć, albo przetrwać. Ostatnio mojej dziwnej sile mogę podziękować, za miesiące rozpaczy, za to, że musiałam spakować się i odejść, za to, że tak bardzo bolało, a ja tak bardzo cierpiałam. Ale najbardziej za to, że dostałam tyle siły, aby móc podjąć decyzję, że odchodzę. Że pojawili się przyjaciele i rodzina, która nie pytając o nic pozwoliła powrócić. Jestem pewna, że i tak Bóg miał w tym swój interes, bo nie powierzałam mu kiedyś tyle spraw ile teraz, teraz…. To wszystko jest w jego rękach. Zastanawiam się tylko, co w tym miejscu powinnam napisać do osób, które absolutnie nie wierzą w Boga. Do tych, którzy pomyślą, że jestem stuknięta, że o tym piszę. I sama nie wiem, bo świat jest nieskończony, nieograniczony i dlaczego, dlaczego tylko my mamy życie i możemy się świetnie bawić, skąd to się wzięło, to wszystko jest mało racjonalne, ale kochani… czy nasze życie od początku było racjonalne? I czy racjonalnie się ono zakończy? Gdzie w tym wszystkim tak mało racjonalnym stąpać mocno po ziemi i wierzyć w to, co nam „wydaje” się być rzeczywiste, bo może nas wcale tu nie ma, może to wszystko kłamstwo, albo system, albo jeszcze coś bardziej dziwnego. Więc kim jesteśmy? Samymi sobie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz