Jest poniedziałek i co? Mam opowiadać Wam o tym co takiego wydarzyło się w weekend i w ostatnim tygodniu? To chyba nie ma sensu, prócz wielkiej nauki cyferek. W chwilach, o których można powiedzieć odpoczynek, albo spałam, albo jadłam, natomiast resztę szczegółów zostawię jedynie dla swojej pamięci o nich. W piątek udało mi się wyjść wcześniej z pracy i już o 20 byłam w Poznaniu. Potem winko z mamą i piwko ze znajomymi... mimo tego, że zakładałam naukę (od soboty rana) to piątek - wyjście na 2h było zbawienne, ale jednocześnie dało mi poczucie, bycia potrzebną i kochaną. A to chyba dobrze, nie czuję tego na co dzień, wiem, że różni ludzie mnie potrzebują, ale to jest innego rodzaju potrzeba, potrzeba bycia z kimś, czasem tylko po to aby (no właśnie) być, spoglądać sobie głęboko w oczy i czasem nic nawet nie mówiąc, nic w tych oczach nie widząc, nic prócz troski i zrozumienia, miłości...? Czy każdy z Was może przyjść dziś po pracy do domu, spojrzeć swojemu partnerowi głęboko w oczy i zobaczyć... siebie. Ktoś kiedyś powiedział i cały czas o tym myślę, że nie powinno się wpatrywać w siebie nawzajem, lecz patrzeć w tym samym kierunku. Jednak co może być tym kierunkiem, wspólny cel, wspólne życie? a może po prostu celem jest wzajemna miłość.
Wiem, że troszkę bez sensu się rozczuliłam, na punkcie miłości, ale nie jest ważne jak ktoś to nazwie (bo część osób wcale w nią nie wierzy) to sądzę, że jednak najważniejsze jest to, aby obojętnie jakim tworem naszej ludzkiej wyobraźni to uczucie było, aby dawało nam szczęście.
I dziś pomyślałam sobie tak, że jestem tutaj, sama, można powiedzieć, że będąc tu na miejscu nie czuję tęsknoty, za domem, mamą, tatą, siostrami i oczywiście tymi silnymi ramionami, ale gdy jestem już w pociągu, gdy jadę na dworzec, gdy tylko zobaczę napis: "POZNAŃ GŁÓWNY" to chciałabym być w kilku miejscach jednocześnie, zobaczyć ich wszystkich uściskać i patrzeć w oczy i wtedy wiem, że tęskniłam, że to silniejsze ode mnie, że cieszę się, że tu jestem i nie chcę wracać.
Już teraz wiem, skąd moje złe i czasem agresywne samopoczucie, albo ciche i beznamiętne spojrzenia, dzień przed odjazdem, mój świat się zmienia, widzę go inaczej, nieubłagalnie dni przepływają bardzo szybko i należy wrócić do szarej codzienności. Mój organizm (mimo tego, że jestem na tyle inteligentna i mało dziecinna, że potrafię sobie samej wytłumaczyć, że tak musi być) daje znaki, że zbliża się nieuchronny koniec, koniec mojego świata i wracam do codzienności. I każdy powrót jest potworem, wczoraj też tak było. Pociąg jeden, drugi, jakoś to przeżyłam. Potem spacer po opustoszałym Świnoujściu we mgle gęstej jak mleko, krajobraz wczorajszej nocy przypominał bardziej sceny z horroru, niż nadmorski kurort. Na swojej drodze spotkałam, tylko dwóch pijanych facetów, kobietę z psem i jakiegoś kolesia idącego drugą stroną ulicy. Gdy doszłam do osiedla pojawiło się światło - dosłownie - światło, które oświetlało niczym ścieżkę w tunelu całe osiedle, tu jest moje mieszkanie, to jest mój aktualny cel, tu będzie mój świat, tam gdzie "światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnie".
Noc była dziwna, po całym weekendzie nauki, śniły mi się egzaminy, zadania i odpowiedzi i nawet ściągi, które pisałam, nie wiedziałam gdzie jestem i czy naprawdę tylko śnię. Obudziłam się, obok leżały notatki z ZFP. Ostatecznie obudziłam się godzinę przed budzikiem, ale nie umiałam wstać, byłam zmęczona. Marzę teraz o jednym, by mieć takich kilka dni (bo jeden to za mało), w których wiedziałabym, że nic nie muszę, jak będę chciała to mogę, ale nie muszę wstać, nie muszę zjeść śniadania, nie muszę chociażby się ubierać...mogę, ale nie, że muszę, bo coś trzeba załatwić, że muszę, bo ktoś na mnie czeka, że muszę, bo ktoś przyjdzie, że muszę, bo chcę odwiedzić rodzinę. Dni lenia są potrzebne, niestety dość szybko się kończą i dlatego powinny być minimum dwa. Aby pierwszego chociaż dnia, nie myśleć o tym, że na następny trzeba wstać do pracy... tylko beztrosko myśleć o "niczym". Ale nie za często, raz na pół roku, po każdej sesji (do tej pory takie dni były raz w roku, po sesji letniej jeździłam do Poznania, wtedy robiłam co chciałam, ciepło, słońce, energia, żyjące miasto, moi ukochani ludzie, miałam praktycznie każdą minutę zaplanowaną, ale i tak zaliczam te dni, do dni lenia).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz