wtorek, 22 lutego 2011

...a może by tak...

uciec? ale dokąd?, gdzie iść i co ze sobą tam zrobić, nie mając planu na życie w mojej głowie buszują różne myśli. Nie mając stabilnej sytuacji życiowej poruszam się jak w wielkich ciemnościach, szukając odrobinkę światła. Od paru tygodni sama nie wiem co się ze mną dzieje. Mam pracę, którą bardzo lubię, ale tu gdzie jestem nie mogę sobie uświadomić, a może po prostu mam wielką bairerę w głowie, która mówi, to nie na zawsze, nie przyzwyczajaj się, zaraz wrócisz. A może to pragnienie powrotu i ułożenie sobie życia tak normalnie sprawia, że nie mogę się pozbierać. Są dni, w kórych po prostu nie ma problemu, żyję z dnia na dzień, mam wielkie plany, które wdrażam w życie oraz pokonuję swoje lęki. Jednak są dni, takie jak dziś, którymi mogę spieprzyć całą swoją piękną stronę tego życia. I tego się boję, czasem mówię za dużo, czasem nawet myślę za dużo, czasem wydaje mi się, że to nie ma sensu....
Wczoraj nie miałam już siły, czasu aby dokończyć tego posta.
Czytając go dzisiaj rano zastanawiałam się czy może nie skończyć tego tak jak jest w tej chwili, po prostu.
Czy może mam jednak coś do powiedzenia...
Wczoraj wieczorem zrobiłam sobie mały wycisk w domu, a następnie na zajęciach Active. Wieczorem poczytałam moją magiczną książkę i przeprowadziłam miłą rozmowę telefoniczną. Z tymi wszystkimi dziennymi rozterkami, informacjami, kóre trafiły do mojej głowy położyłam się do łóżka. Dziś rano, chcę myśleć bardziej pozytywnie, staram się. Zawsze myślałam, że myślę bardzo optymistycznie, nie wiem kiedy to się zmieniło, nie wiem kiedy przestałam brnąć na ślepo w przyszłość, która nie wiem co kryje za zakrętem. Teraz za każdym razem, kiedy tylko mam okazję zacząć coś nowego, wydaję mi się jakbym szła przez ciemny park i co minutę obracam się czy przypadkiem ktoś za mną nie idzie, ktoś mnie nie śledzi, a może ktoś chce mi podłożyć nogę... może to po prostu dlatego, że chcę mieć świadomość - plan mojej najbliższej przyszłości i tak jej nie znam i zgadzam się z tym, ale mam plany na życie, wciąż nieokreślone, wciąż nie są żywe i dalekosiężne, ale muszę "wierzyć", że kiedyś tam trafię.
To jest wina mnie samej, mojego dziwnego przeświadczenia i przeczucia, że pewne sprawy nigdy nie będą dotyczyć mnie. tzn wydaje mi się, że po prostu nie uda mi się czegoś zrobić, dokonać, uspokoić swojej duszy, ułożyć sobie życia, bo...., bo coś się stanie. Że wszyscy mogą tylko nie ja, dlatego chciałam kiedyś niektóre sprawy zrobić może na siłę, przyspieszyć przyszłość. Sądzę, że to nie ma sensu, poddałam się przecież, nie chciałam tak żyć, może po prostu nie takim kosztem, nie kosztem poświęcenia całego życia dla czegoś co nie istanieje, dla miłości, której nie ma.

A teraz.... teraz poczekam, postaram się nie pomagać szczęściu, ale to nie znaczy, że ja nie mam swoich potrzeb bycia kochaną, szanowaną, wspieraną. Mam, ale ... te potrzeby są w 100% zaspokojone, mimo tego, że na taką odległość i mimo tego, że wciąż chciałabym więcej...:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz