poniedziałek, 7 lutego 2011

strong enough

Fakt, że podczas podróży nie mogę pisać, nie mogę pozwolić sobie na przekazanie komuś swoich myśli i uczuć, ani tego jak okropnie jest ten Świat stworzony sprawia, że wszystko mi umyka, że te najgorsze emocje, które przecież w końcu też są istotne i oddają charakter nas samych znikają, zostają uciszone przez czas, jaki nas dzieli od samych chwil, do momentu, kiedy można o tym napisać.

Tak oczywiście było w ten weekend, inaczej nie byłoby powodu do takiego wstępu który napisałam na jednym wydechu. Tytuł też nie jest taki bez powodu, wczoraj zastanawiałam się jak będzie wyglądał najbliższy tydzień, miałam kilka wyobrażeń... Położyłam się na samej górze przedziału w pociągu i próbowałam zasnąć, ból brzucha pozwolił jedynie na skręcanie się na tym "łóżeczku", natomiast dzień w całej swej okazałości nie zaliczyłał się do cudownych. Oblany jeden egzamin, powiem szczerze - nie lubie jak coś nie jest sprawiedliwe i gdy ta niesprawiedliwość dotyka mnie bezpośrednio, jednak przypominanie sobie tych chwil przyprawia mnie jedynie o negatywne emocje... Próbując zasnąć układałam w kolejności każdą minutę poniedziałku, kolejne godziny i dni, aż do weekndu. Czekałam tylko na ten weekend, myśląc o nim chciałam jedynie krzyczeć, chciałam wyzwolić z siebie wszystkie emocje, które gromadziły się we mnie już od dłuższego czasu. Niestety jestem na tyle rozsądna aby jeszcze pocierpieć z tego powodu i pokumulować je jeszcze w sobie, aby nie zakłócać ciszy nocnej innym współpodróżnikom kuszetki PKP. Wszystkie moje plany o samotności, o egzystencji tylko z myślą o nadciągającym weekendzie po prostu legły w gruzach, może to i dobrze, potrzebuję teraz wsparcia, miłości i leku (na całe zło). No tak o 7:40 byłam już na promie do Świnoujścia, nagle dzwoni telefon - jak się czuję, co robię i gdzie jestem, głupio odpowiedziałam, że już na promie i za 30 min będę już brała prysznic.... ustawiłam się w kolejce abym mogła wyjść szybko i przejść się na osiedle, albo wziąć taxówkę. W pewnej chwili widzę pięknego psa, pomyślałam sobie, jest tak samo piękny jak Bombel Anety i Damiana i bardzo znajomo wyglądała kurtka właściciela psa, jak kurtka "moich silnych ramion". Szybko stwierdziłam, że to nie może być aż taki zbieg okoliczności, no tak...nie może, a może to moja bujna wyobraźnia, albo może jakaś schiza ze zmęczenia, a może po prostu chciałam go tam widzieć i nikogo innego... poszłam z nim do mojego mieszkania, całkiem w szoku, całkiem skołowana, z wielkim niedowierzaniem... śniadanie było na stole, mieszkanie wygrzane, tak przyjemnie i pełno (nienawidzę, wracać do domu, gdy jest tam pusto i cicho).
Prysznic... nie wiem, nie wierzę, a może jednak, może to nie schiza, nie. Przecież słyszę jego głos, ten głos jest jak anioł już nic nie boli, już rany się goją i można zapomnieć o nieszczęsnym weekendzie. Będę mogła być silniejsza, tak samo silna jak woda, którą się otaczam, która płynie i jest żywiołem, tak potężnym. W tym momencie już nie chciałam krzyczeć, już nie było mi źle. Już tylko byłam spokojna.

Teraz jestem w pracy i tak sobie myślę, a może to jednak naprawdę było wyobrażenie, może pójdę sprawdzić do mieszkania, czy on wciąż tam jest...może znikł... a może był jedyną istotą na tej ziemi, którą właśnie chciałam zobaczyć i mi się udało, to jest bardziej niż niemożliwe. Dlatego proszę Cię, gdy tylko za parę godzin wrócę do mieszkania, bądź tam, przytul mnie, powiedz, że mnie kochasz, swoją siłą dodaj mi odwagi, abym była wystarczająco silna, aby móc za Tobą tęsknić i kochać Cię, w każdej chwili, którą podaruje mi Bóg.
Bez takich chwil, bez siły, motywacji i czasem samotności, bez płaczu i śmiechu, cierpienia, własnego zdania, szaleństwa i kochania - nie ma życia, które można zakończyć słowami: To była jazda!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz