Z tego co widzę, to jest 44 nudny post jaki zostanie tutaj zamieszczony.
Dziś jestem zła, rozdrażniona, wieje wiatr - może dlatego. I wcale nie jest ciepło. Wydaje mi się, że wiosna ominęła nasz kraj w tym roku, jakoś nie widzę zbliżającego się ciepła. Zreszta jestem na tyle zajęta - niczym, że nie zauważyłam poniedziałkowego 21 marca- pierwszego dnia wiosny, spokojnie faktu, że we wtorek był 22, też nie zauważyłam. Ale dzisiaj na szczęście mamy 24 marca i nic się nie dzieje.
Chciałabym, ale nie umiem się nudzić, ciągle mnie wyrywa do nowych pomysłów. Ale moje wszystkie pomysły od wielu lat mają jedną charakterystyczną cechę, nigdy nie satają się rzeczywistościa. mhmm w sumie to przez prawie 25 lat tej egzystencji powinnam się tego nauczyć i przestać wymyślać idiotyzmy, które są trudne do osiągnięcia. W takich przypadkach mam dużo apetytu na życie i chęci.... a potem tak wszystko gaśnie...
Jest kilka takich rzeczy, których bardzo pragnę, ale gdzieś tam w samym środku, mam pełną świadomość ich niespełnienia, a fakt, że za 3 miesiące (nawet moja mama nie mogła w to uwierzyć) skończę 25 lat jest okrutne.
Zatrzymałam się na 21 roku życia i robiąc to co robię, będąc w tym miejscu, w którym jestem teraz powinnam mieć 21 lat. Czyli 4 lata były bez sensu, nie były potrzebne, nie odniosłam w tym czasie ani sukcesów zawodowych, ani też w życiu osobistym. Tak więc bez najmniejszego problemu mogłabym cofnąć się 4 lata, odzyskać te dni i znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem teraz. Takie wyjście byłoby najrozsądniejsze, jednak nie jest możliwe - a szkoda.
Miałabym czas na wszystko... a teraz nie mam czasu na nic. Mam dziwne wrażenie, że nigdy nie osiągnę tego o czym marzę, czego pragnę. Nawet mojej sylwetki nie umiem utrzymać w takiej formie, w jakiej bym chciała.
Uważam to za wielce nie fair, że ja muszę mocno ćwiczyć, biegać i dbać o siebie, aby móc się sobie podobać, a gdy tylko chciałabym zjeść pudełko lodów, wyrzuty sumienia dręczą mnie przez najbliższy tydzień. Potem, rozciągnięta, wygimnastykowana i spocona leżąc na podłodze, zastanawiam się po "kiego grzyba" to wszystko.
A może wybrzydzam, bo przecież są sprawy i rzeczy, które mogłyby mi zrekompensować moje ciągłe niezadowolenie z wyglądu mojej sylwetki, albo ze starości no i tych wszystkich planów, które kiedykolwiek przeszły mi przez głowę, ale nigdy nie zakorzeniły się w niej na dobre. No tak są takie rzeczy to np. moje studia, które skończę- jak wszystko świetnie pójdzie, to też moja cudowna praca, którą lubię i daje mi fajne perspektywy, no i odwieczna miłość mojego życia.... która w przeciwieństwie do mnie wie, że jest dobrze, a będzie tylko lepiej.
No tak, ten fakt może zrekompensować mi rzeczy, które budzą moje niezadowolenie, ale czy zamienią je kiedykolwiek w zadowolenie... sądzę, że muszę trochę popracować, aby nie przywiązywać wagi do pewnych spraw, a zwłaszcza do swojej wagi... tylko takie są już kobiety ... jeśli mają mężczyznę, którego kochają nie chcą pozwolić, aby był on kiedykolwiek niezadowolony z wyglądu swoich kobiet.
Ehh to idiotyzm....
Po przeczytaniu, tego co napisałam stwierdziłam, że pisała to jakaś zdesperowana idiotka, ale sądzę, że część kobiet podpisałaby się pod tym - niestety...
Chciaż, może to są moje wymysły i przesada, bo niektórzy twierdzą, że ja zawsze przesadzam i wymyślam głupoty. Czasem boję się, że to co mam, to jedyne co daje mi siłe, mogę bardzo prosto stracić i tego boję się każdego dnia, kiedy idę spać i budzę się rano...
Chyba nie powinnam komentować tego co napisałam wyżej... jutro mając lepszy nastrój napiszę wam, że to nie jest prawda, że czuję się w 100% piękną kobietą i niczego mi nie brakuje:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz