I gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Co się z nim stało? Czy On jest... czy On kiedykolwiek był? Czy warto mu zaufać? Mimo tego, że jestem już dorosła, staram się po swojemu podjąć próbę zrozumienia tego świata i życia w nim. Niestety za każdym razem kiedy zadaję sobie pytanie dlaczego coś się dzieje, nie potrafię uzyskać zadowalającej mnie odpowiedzi.
Dlaczego w naszym kraju dzieje się tak źle, dlaczego wydaje mi się, że osoby, które mają władze, jedyne co to ją mają i nic z tym nie robią. Tak jakby po prostu żyli w innym świecie, a może na innej planecie. Tak jakby widzieli to co się dzieje jako dobro, że tak właśnie powinno być. Sami chodzą wystrojeni na wielkie gale, uśmiechają się i obrzucają błotem swoich przeciwników.
Dlaczego tak pięknie udało mi się wmieszać Boga w Politykę?
Bo wszyscy to robią - a to jest największy wstyd, dla nas POLAKÓW, dla ludzi, którym naprawdę na czymś powinno zależeć, którzy wierzą w ludzi ich dobroć, a także w Boga...
cztery poranne godziny spędziłam wracając pociągiem do Świnoujścia, czytając kilka artykułów, umieszczonych w jednym z polskich czasopism politycznych. Ze względu na zbliżającą się beatyfikację papieża JP II spotkałam się z różnymi zdaniami na temat jego dokonań, cudów, poświęcenia i modlitw. Doszłam do wniosku, że chyba wierzę w innego Boga. Nasz kościół podzielony jest na dwa znacznie przeciwstawiające się obozy.
Tak na dobrą sprawę jeśli wierzymy w Boga - siłę nadludzką, która może pomóc nam w potrzebie i która jako jedyna zna przyszłe losy świata, to powinno być to tak piękne, mistyczne, ciche oraz pełne szacunku przedsięwzięcie (mówię tu oczywiście o wierze), że każdy powinien nie tyle być szczęśliwy, że wierzy, ale również powinien dawać świadectwo tego, że wierzy. Tyle mówią o tym "normalni" księża i wydaje mi się, że tak kiedyś było.
A teraz? ...
Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu dumnie nosiłam duży srebrny krzyż (może bardziej jako ozdobę), ale symbolizował "coś", "kogoś", moje przekonania i wiarę, że jest jednak coś więcej, niż szara rzeczywistość.
A teraz... teraz wstyd ... gdybym założyła ten krzyż na swoją szyję wstydziłabym się go pokazać. Nie dlatego, że wiara przestała być modna, albo ja przestałam wierzyć, zmieniłam własne przekonania w tej sprawie (zresztą cały czas je zmieniam). Wstyd by mi było, za wszystkich tych półgłówków, którzy bezczelnie nazywają się katolikami i wykorzystują ten jakże mistyczny symbol do swoich niecnych celów.
To jest profanacja, to jest zabijanie poczucia religijności w ludziach takich jak ja. Nie jestem aż tak silna w mojej wierze, aby za chwile nie powiedzieć, że mam to gdzieś i że to wszystko nie ma sensu. Ilekroć siedzę w kościelnej ławce zastanawiam się dlaczego tak mocno to na mnie wpływa, dlaczego tak mnie to boli. Ci ludzie, a często księża mówiący o "religijności", która nią nie jest.
Nic więc dziwnego, że ludzie odchodzą, nic dziwnego, że przestajemy chodzić do kościoła, że czujemy się oszukani, i załamani wiarą. Mamy mętlik w głowach i Święta Wielkanocne stają się jedynie udręką, którą trzeba jakoś przeżyć.
To nie znaczy, że ludzie nie wierzą, to znaczy jedynie, że kościół został wplątany w grę między dobrem, a złem, między polityką a bijatyką.
A symbole tracą na znaczeniu...
Możemy jedynie modlić się o grom z jasnego nieba, aby ci, którym coś się pomieszało i bluźnią przeciwko Bogu, wykorzystując jego autorytet do gry smoleńskiej (jak tylko słyszę tą nazwę przechodzą mnie ciarki po całym ciele i tylko samo słowo kojarzy mi się z angielskim: "small" bo to właśnie takie jest, małe, ohydne, wyuzdane, obrzucone błotem, przez ludzi, którzy nie potrafią dać wiecznego spokoju zmarłym)czy jakieś innej... przestali obrzydzać innym Boga.
Niestety ja jestem wierzącą, ale niewierzącą - nie wiem czy warto wierzyć, bo w takim kraju jak nasz to chyba wstyd.
Jednak po cichu mam nadzieję, że "to", w co ja wierzę gdzieś głęboko nie będzie zbluzgane - dlatego schowam to tylko dla siebie jeszcze głębiej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz