wtorek, 7 czerwca 2011

śmietnik, czyli Katharsis w Paryżu

Mój ostatni weekend rozpoczął się wspaniale i tak też się zakończył.
W piątkowe słoneczne i gorące popołudnie znalazłam się w mieście marzeń. Ale sama nie wiem, czy rzeczywiście jest to miasto moich marzeń, albo jak kto woli miasto zakochanych. Aktualnie jestem już po zwiedzaniu tego miasta, wróciłam do szarej rzeczywistości... i mam takie dziwne wrażenie, że jeszcze bardziej szara to była rzeczywistość właśnie w Paryżu, a ja wróciłam do mojego własnego świata.
Czy Paryż mnie zachwycił, zauroczył?, a może wręcz przeciwnie, zaniepokoił i otworzył oczy na pewne sytuacje i inny świat.

Prawda jest oczywista, niektóre rzeczy zostały wyolbrzymione w przewodnikach i notatkach opisujących jaki to cudowny jest Paryż. Natomiast o takich, jak np. katedra Notre Dame, wolałabym się nie wypowiadać. Z prostego względu, nie umiem wyrazić słowami, tego co widziałam, stworzenia nieziemskiego, ogromu mistycyzmu i tej atmosfery świętości. Nie będę pisać dalej bo zepsuję cały urok dla tych, którzy się tam wybierają, a Ci którzy już tam byli, doskonale chyba wiedzą o czym mówię.

Jeśli chodzi o resztę zabytków - to spoko, nie porwało mnie to, ani nie rozczarowało. To chyba dobrze, było jak było i tyle.
Jednak ostatniego dnia, gdy już całkowicie wyczerpani wędrówką i podnoszeniem głowy by sprawdzić czy przypadkiem nie ma tam czegoś ładnego, dotarliśmy ponownie na wzgórze Montmartre do świątyni Sacre-Coeur. Siedząc w ławce nie rozumiejąc nic, o czym mówi do nas czarny ksiądz prowadzący mszę, nie potrafiłam skupić swojej uwagi na niczym konkretnym, a myśli buszowały po głowie.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz spojrzeliśmy w dół - na rozciągający się horyzont... było tak pięknie, słońce oświetlało budynki, było widać całą panoramę Paryża- tego pięknego Paryża. W tym momencie wiedziałam, że chcę tam zostać, usiedliśmy więc na schodach razem z tłumem już tam siedzących: murzynów, chińczyków, białych, każdy był innej narodowości. Niesamowite było to, że różniliśmy się wszystkim, nie tylko kolorem skóry, czy pochodzeniem, religią, poglądami politycznymi, a nawet językiem. Wszyscy razem wsłuchiwaliśmy się w głos "angola" - typowego rudego "angola"(ale podobno to jednak francuz), który urządził nam wspaniały koncert, w przerywnikach rozmawiał z nami w dwóch językach, także wszyscy wiedzieliśmy o co chodzi, angielski i francuski. To było dość niesamowite doświadczenie, bo on mówił po angielsku, a ktoś odpowiadał w innym języku.
Miał swoją gitarę i śpiewał, co? hmm piosenki, przeboje, które znali wszyscy tam obecni, nawiązał taki wspaniały kontakt z publicznością, na dobrą sprawę zaśpiewać mógł z nim każdy, wystarczyło troszkę chęci, karta z listą utworów i do dzieła. Zaraz za nim na jednej z kolumn ogrodzenia kościoła siedział sobie mały murzynek - heh mały to on rzeczywiście był, ale strasznie umięśniony. Siedział sobie z piłką, a potem gdy zdecydował się pokazać co potrafi rozpoczął akrobacje, był to niesamowity widok, jego zdolności zachwyciły wszystkich. Oklaski, uśmiechy, podanie ręki i podziw no i oczywiście trochę euro, to uzyskał mały murzynek bawiąc się piłką, a za nim rozpościerał się cudowny widok Paryża.

Pomyślałam sobie wtedy...
Jaki ten świat jest dziwny, wojny, pobicia, gwałty, rasizm. Ludzie różnych narodowości naprawdę się nienawidzą, ale są takie miejsca na świecie, jak święte miejsce Sacre-Coeur w Paryżu, gdzie wszyscy bawią się przy jednej muzyce, klaszczą, piją piwko (winko), śpiewają 100 lat osobom, których nie znają, bez granic, bez barier i wojen - czy tam nie może być zawsze i wszędzie.

Natomiast, co mi się bardzo rzuciło w oczy o właśnie wyżej wspomniana dzielnica, w której nocowaliśmy i na dobrą sprawę, bardzo się cieszę, bo wymagało to troszkę wysiłku, znaleźć jedna z licznych malutkich bocznych uliczek i wdrapać się na szczyt 6 piętra, z drugiej strony cieszę się również, z tego co zobaczyłam inaczej pewnie trudno byłoby w coś takiego uwierzyć. W ubogich ludzi Paryża, w to, że na każdym kroku śmierdziało moczem, to że ludzie spali wśród gazet na ulicy, to że dookoła jest biednie i niebezpiecznie, a samotna podróż metrem, to nie małe piwo.

Paryż ma kilka twarzy, malownicze, czyste, zadbane i pełne zabytków oraz pełne biedy, śmietników, smrodu i lęku, na szczęście również i takie jak Sacre-Coeur, gdzie liczy się duch i radość i wspólnota.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz