piątek, 26 sierpnia 2011

spoko

Ten post nie miał być wcale o tym, o czym będzie.

Dziś jest strasznie gorąco, jest piątek i mimo godziny 18 ja wciąż tu jestem - aż sama się sobie dziwię. Pierwszy weekend od 6 stycznia tego roku, który spędzam samotnie w Świnoujściu - czy to nie jest okropne. Do tego nie wiem ... niczego już sama nie wiem i tracę siły, resztkami energii przetrzymuję kolejny tydzień tutaj. Może za dużo myślę i za często się wzruszam. Pomagam innym, ale sama przy tym wszystkim nie mogę pomóc sobie.

Ostatni weekend był ... nieokreślony, a może po prostu był niesamowity. Spędziłam magiczne chwile, w życiu nie myślałam, że kiedykolwiek znajdę się w tym cudownym miejscu. Mój stan uczuć z tego weekendu opisać może tylko to zdjęcie.

Czyli słońce, radość, ukochany mężczyzna, czyli nic innego jak jedno wielkie szczęście.
Takie dni jednak mijają za szybko, wracamy do codziennej szarej rzeczywistości i praktycznie żyjemy, jakby tamte chwile nie istniały, czekamy jedynie na kolejne dni pełne romantyzmu. A życie codzienne? dlaczego nie może być takie piękne, dlaczego ludzie wymyślają sobie problemy, albo nie udaje im się ich pokonać, a marzeń spełnić? Nigdy chyba nie odpowiem na to pytanie, sama mam problem z rzeczywistością - tak naprawdę.
Nie wiem czy nic mi nie jest, nie wiem ile jeszcze lat będę żyła i czy spotka mnie to o czym marzę. Na dobrą sprawę wiem, że nikt tego nie wie. Ale ta nieświadomość i bojaźń sprawia, że nie czuję się pewna tego co mam, a małe rzeczy sprawiają ogromną radość. Sądzę, że to właśnie dlatego, gdy w poprzednią sobotę, zobaczyłam na trasie nazwę: "Małe Swornegacie" myślałam, że wyskoczę ze szczęścia z samochodu, nie ważne było to, że wieje wiatr i są ogromne fale, a kajaki są strasznie ciężkie. Szczęście jakie wtedy opanowało mnie całą pozostało do końca wyjazdu, siła, energia i przekonanie, że nie tylko ja o tym pamiętam, że nie tylko dla mnie wspomnienia zdarzeń mających miejsce 7 lat temu jest istotne i będzie trwało wiecznie.

Dlatego może nie będzie tak źle, skoro dwoje ludzi pamięta to samo i te zdarzenia dla nich miały tak samo ważne (z punktu widzenia dzisiejszych relacji) znaczenie, to może coś z tego będzie.
Chciałabym, ale się boję, bo znam siebie już ponad 25lat i dobrze wiem, że nie może być za dobrze. Bo gdy staję się szcześliwa dopada mnie pech, który to szczęście rujnuje... czy warto w takim razie cokolwiek budować?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz