poniedziałek, 14 lutego 2011

"dobrze"

W przeciwieństwie do innych ten blog stał się dla mnie odskocznią. Siedząc tutaj, nie czuję się, aż tak źle. Wydaje mi się, że ktoś mnie słucha i nie muszę czekać do wieczora, nie muszę dzwonić. Tylko właśnie wtedy kiedy tego potrzebuję... mówię- piszę- prowadzę monolog z samą sobą, bo do nikogo tego nie kieruję, ba! nawet nie oczekuję, że ktokolwiek to przeczyta. Jest mi wtedy lepiej. Potrafię (bo normalnie tego nie potrafię) wyrazić to co czuję, powiedzieć to na głos. Moja mama, a teraz wiele innych osób również, jak zapytają mnie co słychać, a ja odpowiem jedynie moje sławne: "dobrze" tzn. że nie jest dobrze, ale również to oznacza, że nie umiem w danym momencie nazwać emocji, które we mnie buszują, nie potrafię wyrazić za pomocą słów uczuć i tego dlaczego jest mi źle, sławne "dobrze", stało się już sławne gdy w 2 klasie szkoły podstawowej przychodziłam do domu ze szkoły i mówiłam, że jest dobrze, następnie mama na wywiadówce dowiadywała się, że jednak jest bardzo źle. Jako mała dziewczynka nie wiedziałam, że można czegoś nie wiedzieć, nie rozumieć i myślałam, że lepiej jest mówić, że jest okej i tyle, nie zagłębiając się w rzeczywistość i sygnały mówiące, że czegoś nie potrafię pojąć.
Teraz też tak jest. Dziś rano moja kochana Mamuśka usłyszała jedynie "dobrze" i od razu się zdenerwowała, ale ja naprawde nic więcej na swój temat nie umiem jej odpowiedzieć. Nie mam trochę czasu, aby płakać - wczoraj miałam, więc płakałam. Ale to tylko dlatego, że mi się zebrało, że wreszcie miałam okazję i nie było nikogo kto mógłby powstrzymać ten szloch, nie było nikogo kto zaprzestałby walki z tym co siedzi w środku. Tak czasem musi być, wczoraj była ku temu piękna okazja i za to wypiłam.
Dzisiejszy dzień to już norma, bywa jak bywa, plany w głowie się kotłują marzenia o pięknej i szcześliwej przyszłości nawet odrobinę nie przybliżają się do mnie. Ale to nie jest najważniejsze. Trzeba mieć marzenia, a ja spróbuję je zrealizować... może kiedyś.
Dzięki temu, że mogę teraz się wygadać i nazwać po imieniu wszystko co mnie dręczy, zastanowić się na spokojnie, jest mi łatwiej rozmawiać. I wydaje mi się, że robię postępy, że gdy mojemu rozmówcy nie wystarcza zwykłe "dobrze" staram się bardzo mocno zebrać w sobie i nazwać rzeczy po imieniu.

Od pół roku chodzę jak ślepa, nie wiem jakie decyzje podejmuję, siedzę w ciemnościach i nie widzę wyjścia. Podejmuję decyzje, nie tak jak to ja zawsze podjemuję, zastanawiając się co będzie ze mną potem. Robię po prostu to co w danej chwili uważam za słuszne, że tak będzie lepiej dla mnie, a czy jest? Ja tylko chciałam zrobić coś dobrego dla siebie, podjęłam decyzje, które mają rozwinąć, mnie jako człowieka, otworzyć się na nowy świat i wyzwania. Ale nie myślałam, że będę musiała utopić się tu sama.
Ale wiem, nie zmienię już tego. Zakopię moją przeszłość i do niej nie wrócę. Zacznę przyszłość, bo tylko na niej mi zależy. Jak będzie trzeba podpiszę cyrograf z diabłem i uziemię się na stałe - tam gdzie mi dobrze.
I muszę cholera wziąć swoje życie w swoje ręcę - nie wiem nawet co mam na myśli to pisząc, ale tak chyba powinnam to zakończyć. Decyzje podjęte mają swoje konsekwencje, ja wierzę w to, że nie będą one do końca złe, że Bóg pozwoli mi na trochę radości i miłości. I mam nadzieję i bardzo mocno staram się w to wierzyć, że teraz mimo tak wielkiego kopa, który dostaję raz po raz, że ciężar tych decyzji i konsekwencje zostaną wynagrodzone spokojem, miłością i wiecznym szczęściem. Tylko mam jedną prośbę Boże drogi, nie chcę na to czekać do emerytury. Jak będę musiała poświęcę się bardziej, ale za parę lat chcę to zakończyć i żyć normalnie.
Bo skoro nie mogę teraz... bo nie wiem, bo nie rozumiem dlaczego, inni żyją tam gdzie chcą, kochają i stoją twardo na ziemi, każdy ma swój świat, tylko ja sobie życie utrudniam... chcę, aby potem było pięknie... wiem, wiem marudzę. To, że się tu przeprowadziłam, zrobiłam bo chciałam, więc jestem tu gdzie chciałam być, kocham kogo chcę, ba i jestem kochana no i nie bujam w obłokach, więc czego mi brak, czego ja znowu jeszcze chcę, co mi nie pasuje? Zawsze musi być coś źle.
No to dobrze, niech tak będzie – wytrzymam, bo nawet nie wiem czego tak naprawdę oczekuję. Uprzedzam pytanie. Czego Ty kobieto tak właściwie chcesz, co byś chciała zmienić. Pracę? – to zmień. Miejsce zamieszkania – proszę bardzo. W tym rzecz, że nie! W tym rzecz, że ja nie wiem czego chcę...
Chcę...
Chcę...
Chcę...
Próbuję się usprawiedliwić, że mój cały monolog nie poszedł na marne i uświadomić sobie, czego i od kogo oczekuję. A może po prostu oczekuję od siebie więcej siły i wiary... że można tak żyć, że inni potrafią, że mi też może się udać, że przecież nikt mnie nie zostawi. Chciałabym abym nie musiała żyć od tygodnia do tygodnia czekając ... a potem kolejny tydzień chodzić z nie do końca szczerym uśmiechem, mówiącym teraz jest dobrze, ale za parę dni to znowu się skończy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz