niedziela, 2 stycznia 2011

...

2 stycznia 2011, aż ciężko przyzwyczaić się do nowego roku. Wszędzie mówią tylko o tym, aby przeanalizować poprzedni rok, aby poddać go ocenie, aby cofnąć się i wyciągnąć wnioski. Ja mój poprzedni rok nazwałam: "Lepiej późno, niż za późno". Z drugiej strony był to cholernie ciężki rok, burzliwy, stresujący i zaskakujący. Wiem, że w zeszłym roku niczego się nie bałam, wiedziałam, że będzie spokojnie, dzień, jak co dzień - niestety było zupełnie odwrotnie. Teraz boję się każdego następnego poranka. Boję się, że coś spieprzę, że sobie nie poradzę, albo zrobię coś, czego będę żałowała do końca życia, boję się dni wypełnionych pustką i co będzie, kiedy szczęście przejdzie obok. I dlaczego nie idę z wiatrem, tylko pod wiatr, dlaczego ja lubię sobie utrudniać życie - każdy dzień będzie bardzo trudny. A może strach ma wielkie zęby, i wcale mnie nie zje? Może boję się własnego cienia, a tak naprawdę ten rok, będzie trzeba zaliczyć do tych, które będą znaczące i piękne. Udało mi się nawet podjąć pewne wyzwania, tzn. największym wyzwaniem, jest postanowienie noworoczne, które jest moim marzeniem do zrealizowania już w pierwszej połowie roku, drugie postanowienie ma związek z wyjazdem na parę dni do Kielc, może uda mi się to zrobić latem jak znajdę chwilkę - nie spieszy mi się. Chcę tez jechać na niezapomniane wakacje, najlepiej na tripa po południowej europie. Chcę się nie bać sypiać sama, chcę się nie bać samodzielności i pełnej odpowiedzialności - powiem szczerze nauczyłam się liczyć trochę na innych, a gdy miałam lat 20 i wyjechałam na wyspy było łatwiej. Dziś niedziela, mam 3 dni, aby spakować walizki. Siedzę tu i pamiętam jak prawie 5 miesięcy temu robiłam to ostatnio. Nie było to łatwe, wiem, że za dużo rzeczy zostawiłam, wiem, jakie to wszystko miało konsekwencje, wiem też, że każda podróż nas czegoś uczy. Pozostawia ślady w naszym sercu i pamięci. Nawet nie chcę wiedzieć jak to będzie bolało... Bo to już boli, bo od kilku dni nie trawię niczego prócz jogurtu i zielonej herbaty. Bo nie umiem zostawić tutaj czegoś, kogoś, domu. Pamiętam dokładnie, co sobie pomyślałam i co odpowiedziałam jak usłyszałam pierwszy raz: Świnoujście. Powiedziałam NIE, nigdy w życiu, a teraz ktoś mnie zrzuci w przepaść i wiem, że te lata przeminą bardzo szybko, wiem, że te chwile będą miały konsekwencje na całe życie. Nie ważne, co tutaj wypisuje, chcę jakoś usprawiedliwić może samą siebie, albo może jeszcze bardziej się zdołować. Mam teraz przed oczami jedną twarz, jeden uśmiech, jedno spojrzenie człowieka, który najbardziej na tym ucierpi i nie może być inaczej. Na samą myśl łzy mi płyną po policzku, ale ja znam siebie, wiem, że jak tylko wpadnę w wir pracy, sesji, to.... To muszę się bardzo postarać, abym była w odpowiedniej chwili tam gdzie jest moje miejsce, w ramionach tego, który pozwolił na to wszystko, który zgodził się nie zastanawiając nawet minuty, (Czy wiedział o konsekwencjach? Wiele bym dała, aby przeczytać jego myśli tamtego dnia, aby dowiedzieć się czy się boi tak samo jak ja) w silnych ramionach, które sobie z tym poradzą. A co z odległością? I miłością na odległość? W moim życiu pokonywałam różne odległości, Poznań - Świnoujście to najkrótsza trasa. To nie jest odległość. I zrobię wszystko, aby to udowodnić, nie tylko tym silnym ramionom, ale przede wszystkim sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz