czwartek, 27 stycznia 2011

czwartek

Nie wiem i chyba nawet nie chcę wiedzieć, bo to nie ma sensu sie domyślać i zaręciłam nie tylko was ale samą siebie, chodzi o to, że nie wiem dlaczego w ostatnim czasie moje posty noszą nazwy albo dni tygodnia, albo dat, może po prostu chcę wszystkim, ze sobą włącznie uświadomić jak ten czas szybko leci i mimo tego, że pisałam parę dni temu to troszkę się stęskniłam. Dziś po raz pierwszy od ... nie pamiętam kiedy wyszło słońce, ale nie na chwilę, tylko mamy godzinę 16, a słońce pojawiło się na niebie od 12, wcześniej oczywiście padał śnieg i mocno wiało, ale teraz słońce oślepia. Nasze oczy nie są przyzwyczajone, po całej zimie(zresztą i tak mamy koniec stycznia dopiero) do tak jasnych barw. Jednak słońce pobudza do życia i aż chce się iść po pracy na spacer. Niestety o godzinie 17 jest już prawie całkiem ciemno, gdy zapadnie zmrok szara rzeczywistość waraca. I znowu to samo, gdy wrócę do domu nie będzie mi się chciało odsłonić rolet, bo po co, a rano wyglądnę tylko by zobaczyć ile śniegu napadało, albo czy może odwilż już przyszła.

Jutro zaraz po pracy jadę do Poznania i wyśpię się w moim łóżku, tzn na dobrą sprawę to nigdy nie było moje łóżko, odziedziczyłam je po swojej siostrze, która wyprowadziła się z domu. Wcześniej w domu w Poznaniu miałam łóżko piętrowe z siostrą przez jakieś 10, może 15 lat. Jednak pisząc tego posta i wypowiedziawszy w głowie słowa "moje łóżko" przed oczami ukazał się obraz łóżka z Chrzanowa (tam spędziłam dzieciństwo). Łóżko było ciemno zielone, wąskie i nie mam pojęcia dlaczego nazywaliśmy je półświnią. Kiedyś ta nazwa była dla mnie normalna i oczywista, a teraz zastanawiam się dlaczego? Przecież nie miało nic wspólnego ze świnią...

Weekend tak jak to w moim zwyczaju bywa zapełniony praktycznie co do minuty 22:30 Poznań główny przyjazd. Sobota nauka, obiad u mamy i nauka. Niedziela bardzo podobnie ale mamy już mało czasu, bo o 17:18 rusza pociąg do Świnoujścia. Chciałam bardzo w ten weekend spotkać się z moją Basią, ale musiałam jej odmówić, jest mi bardzo przykro, ale dobrze znam siebie, jak będę miała świadomość, że gdzieś wychodzę, jak każda kobieta będę myślała w co się ubrać, co z włosami i makijażem, a niestety muszę się skupić na cyferkach w ten weekend i mam nadzieję, że wrócę nauczona:)

Niestety mojego samochodu nie będzie, jest kolejny problem, albo caly czas ten sam, a leczony jest kroczek po kroczku nie widząc końca ani prawdziwej przyczyny jego złego samopoczucia. Kwestia mojego bombelka przyprawia mnie o czarne myśli i scenariusze i obwinianie kogo się da z przeszłości. Po co ja to zrobiłam, dlaczego go kupiłam, może go sprzedać, dlaczego nie upierałam się przy swoim zdaniu tylko podjęłam decyzję podyktowaną przez innych. Wiem doskonale, że takie myślenie nie ma najmniejszego sensu i za każdym razem, gdy ono włąmuje się do mojej głowy, próbuję je wywalić tak szybko jak się tak znalzało. To nie jest takie proste, jest dużo racji jednak w tym, że przecież kto jak kto, ale ja sama siebie najbardziej nakręcam.

Więc aby nie nakręcać się już więcej, postanowiłam żyć w spokoju serca, umysłu, duszy i ciała. Czasem musze sobie pomóc farmakologicznie, ale syropek z melisy nie jest niczym złym. Ale usilna praca nad własną osobą i przestrzeganie zasad i postanowień, które powtarzam sobie za każdym razem.... jestem silna i wiem, że sobie poradzę, nie ma innej opcji - tak musi być. I moje problemy w brzuchem (nie chcąc chwalić dnia przed zachodem słońca, bo wciąż pięknie świeci) chyba się skończyły, albo tracą na sile, bo to ja jestem silniejsza i sobie poradzę, a nie wirusy, bakterie czy stresy.
Wystarczy pokonać własne słabości w głowie, no racja nie wystarczy głupoty tutaj opowiadam, ale to jest jedna z ważniejszych rzeczy. Myślenie pozytywne i nie wyobrażam sobie życia bez tego.
Oczywiście takie myślenie nie przychodzi tak od tak, tylko to jest ciężka praca i otaczający Cię ludzie, a mnie otaczają sami pozytywnie zakęceni, uśmiechnięci i patrzący w przyszłość z nadzieją. Bo nadzieja umiera ostatnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz