sobota, 30 października 2010

Rozpacz – największy grzech przeciwko nadziei…

Te słowa usłyszałam na kazaniu, które było prowadzone przez nowego proboszcza parafii w Odrowążu. Odrowąż jest to mój azyl, miejsce, w którym czas staje w miejscu, a człowiek staje się wolny od codzienności. To było 14 sierpnia, kiedy rozpoczęłam swoją przeprowadzkę do Poznania. Oczywiście był piękny weekend, a moje myśli nie zadręczały mojej głowy, unosiły się tylko lekko, ponad, aby nie dopuścić do władzy. W momencie, kiedy usłyszałam te słowa, obiecałam sobie jedno: nie będę rozpaczać, nie będę płakać, nie będzie mi żal. Tylko niestety każdy z nas wie, że to wszystko nie jest takie proste. Od tamtego dnia miałam dokładnie tydzień na spakowanie reszty i powrót do Poznania i przysięgam, to był najgorszy tydzień w moim życiu. Musiałam rozstać się ze wszystkim, co mnie otaczało przez poprzednie 2 lata, to nie jest proste, zamknąć za sobą rozdział, tak wielki rozdział w życiu i nie uronić ani jednej łzy, ale słowa księdza cały czas wirowały w mojej głowie i wiedziałam, że się nie poddam. Cały tydzień przepłakałam, ostatniej nocy praktycznie nie spałam. Jednak to nie była rozpacz, to było obwinianie samej siebie, że wykazałam się swoistą słabością, że nie chciałam walczyć, że się poddałam, i że zraniłam tyle osób. Nie myśląc o swoich odczuciach wsiadłam w samochód i odjechałam. To był ostatni dzień, w którym płakałam. Dzisiaj mamy sobotę 30 października, moja wszechogarniająca nadzieja dała mi siłę, aby wytrzymać tak długo. Jednak wczoraj wieczorem przegrałam z samą sobą i wiecie, co? Jest mi lepiej, kamień spadł mi z serca.
A co się stało tak naprawdę, ten dzień był wyjątkowo długi i niefortunny, jeśli chodzi o prace, które miałam w planie do wykonania: pranie, sprzątanie. To nie jest kwestią tego, czy to lubię, czy też nie, ale tego gdzie wtedy znajdują się moje myśli i co wypełnia mi głowę. Bo jeśli nawet oglądam film, myślę o fabule, jeśli robię zakupy, myślę o tym, jak szybko uciec z marketu, a jak śpię, to śnię. Także, kiedy sprzątam i nie spieszy mi się nigdzie, do mojej głowy nadlatują myśli, uczucia i słowa, które chciałabym wypowiedzieć, chociaż nigdy nie byłabym na tyle odważna, aby to zrobić. Sceny, które nigdy nie powstaną… jedynie uczucia. Z nimi jest najgorzej, kiedyś myślałam o tym, że fajnie byłby przestać czuć – jednak nie przestałabym czuć tylko tego złego, ale dobroci też bym nie zaznała. Moje sprzątanie było wtedy zdecydowanie bardziej efektywne, kiedy to właśnie doszłam do wniosku, że jestem zła. Zła na siebie, na świat, na osobę, którą ja sama zostawiłam. To przecież nie była moja wina, poczułam się oszukana, dopiero po jakimś czasie dochodzą do nas myśli i słowa, wypowiedziane kiedyś – układają się jak puzzle w jedną całość zwaną rzeczywistością. A słowa: „Kocham”, były tylko pustymi słowami.
Udało, mi się skończyć sprzątanie, ugotowałam obiad, dla siebie i siostry i czekałam na nią. Czekałam, aż przyjdzie, gdy jej nie było – zadzwoniłam, a ona po prostu źle się poczuła i zasnęła. Przegapiła mój obiad. Rzuciłam słuchawką, myślałam, że rzucę jeszcze czymś więcej. Opanowałam się z trudem, do mojej głowy doszła rozpacz, tak długo tłumiona, przez nadzieję. Tu nie chodzi o obiad, ani o siostrę, ani o to, że jestem sama w domu. Tylko o to, że przez ostatnie 2 lata, tak wyglądał każdy dzień. A ja nie liczyłam się dla nikogo…
Usiadłam na kanapie i płakałam i dawno sama siebie nie widziałam w takim stanie, – bo to nie był płacz to była właśnie rozpacz – zgrzeszyłam, przeciwko mojemu lepszemu życiu, przeciwko nadziei, ale każdy musi to przepłakać. Jedyne, czego pragnęłam to, aby ktoś przyszedł mi mnie przytulił i przytrzymał tak mocno…, ale byłam sama. Nagle, nieoczekiwanie zadzwonił telefon: „…będę za 10 minut”. Odłożyłam słuchawkę i zapłakałam jeszcze mocniej. I przyszły silne ramiona nadziei i pogrzebały moją rozpacz – liczę na to, że na zawsze…
Nie ważne, z kim się rozstajemy, czy to ktoś umiera, czy chociażby wyjeżdża na długo, a może po prostu odchodzi od nas. Zawsze musimy swoje wypłakać, musimy to przeboleć inaczej nigdy nie staniemy się silni.
Na sam koniec piosenka, która nie pozwoliła mi zasnąć, i która brzmiała w mojej głowie jak tylko się obudziłam rano. Niech każdy sam ją sobie posłucha jak będzie miał taka ochotę. Happysad, „A miało być tak pięknie”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz